Zwariowany coach a istota Coachingu Prowokatywnego

Coaching pojawił się w Polsce stosunkowo niedawno, sam uczestniczyłem w jednym z pierwszych szkoleń z coachingu w roku 2002. Dziedzina była to nowa, jeszcze mało kto wiedział, o co w coachingu chodzi. W Europie Zachodniej coaching był obecny od lat, początek dała mu książka „Tenis: wewnętrzna gra”, którą Timothy Gallwey wydał w roku 1974. Od tego momentu coaching zadomowił się w sporcie i dość szybko przeszedł do biznesu. Powstały organizacje, które za cel stawiają sobie standaryzację i utrzymanie wysokiej jakości – definiują wymagania i akredytują coachów i programy ich szkolenia. Działają też w Polsce. Coraz więcej osób prywatnych, pracowników firm, przede wszystkim menedżerów, właścicieli firm, ale także np. przedstawicieli wolnych zawodów, korzysta z coachingu.

W roku 1974, w tym samym, w którym Gallwey wydał swoją książkę, pojawiła się inna książka. Była to „Terapia Prowokatywna”, którą napisali Frank Farrelly i Jeff Brandsma. Książka opisywała niecodzienne podejście do psychoterapii. Podejście, w którym terapeuta, pracując z pacjentami psychiatrycznymi, zachowywał się, jakby był jeszcze większym „wariatem” niż oni. Co ciekawe – to działało. Działało w wielu przypadkach głębiej i skuteczniej niż bardziej „tradycyjne” metody. Ale było to podejście „dziwne” – można powiedzieć „zwariowane”.
Frank Farrelly  – twórca tego dziwnego podejścia zaczął, na zaproszenie wielu ośrodków terapeutycznych, jeździć po świecie i demonstrować tę metodę. Były to zwykle dwu-trzydniowe spotkania, na których w 25-minutowych sesjach Frank pracował z poszczególnymi ochotnikami z sali, a także z pacjentami przyprowadzanymi przez terapeutów, którzy czuli się w ich przypadkach bezradni. Po takich 25 minutach sesji następowały pytania, wyjaśnienia, spostrzeżenia, refleksje. Były to przeważnie sesje terapeutyczne – zgłaszający się uczestnicy oraz pacjenci pracowali z traumami, bezpłodnością, lękami, schizofrenią i innymi „terapeutycznymi” tematami. Wśród uczestników pojawiały się także na tych sesjach osoby, które trudno byłoby uznać za „pacjentów”. Raczej stawiali sobie jakieś cele, ale wątpili w ich realność, we własne siły, bali się ważnych rozmów, mieli marzenia i nie umieli ich zrealizować, doświadczali wyzwań w związkach rodzinnych, z przyjaciółmi itd. itp. Z nimi też Frank pracował w ten sam sposób. I też działało. Szybko i skutecznie. I co najważniejsze – trwale.

Stąd do coachingu był już tylko krok. Skoro nie tylko w terapii, ale w zupełnie nieterapeutycznych przypadkach, też działa to znakomicie, zastosujmy tę metodę i w coachingu!

I zastosowaliśmy. Pierwszy raz widziałem pracę Franka Farrelly’ego w roku 2004, gdy na moje zaproszenie przyjechał do Polski, by demonstrować ją także przed Polakami. Uparłem się, żeby przeprowadził choć jedno ćwiczenie, więc mieliśmy okazję to ćwiczenie wykonać. Uczucia były mieszane: od ostrożności i lęku („Przecież do ludzi tak nie wolno mówić!”) do szalonego entuzjazmu (Radość, wiara, przekomarzanie się, droczenie, jak wśród najbliższych przyjaciół. I do tego to ludziom pomaga w przełamywaniu barier!). Taki był początek prowokatywnego coachingu w Polsce[1].

Na szczęście miałem za sobą dobry kurs coachingu, trochę już doświadczenia, więc mogłem rozpoznać możliwości, jakie przed coachingiem otwiera to „dziwne” podejście. Z tego, czego uczył Frank Farrelly, wynikała pełna akceptacja wszystkich fundamentalnych zasad coachingu, nawet jeszcze więcej: potrzebna tutaj była miłość do ludzi, umiejętność śmiania się z siebie samego (tak!), odwaga w mówieniu trudnych słów w taki sposób, który wzmacnia, a nie osłabia. Potężna metoda!

Dobrze, ale po co w ogóle jej próbować, skoro „normalny” coaching dobrze działa?

No cóż… Nie jest tak do końca.

Często jest tak, że klienci korzystający z coachingu są mocno zmotywowani i dobrze wiedzą, czego chcą, mają wewnętrzny porządek i potrzebują tylko nieco wsparcia coacha, który umie pomóc spojrzeć na sprawy z innej strony, zadać odpowiednie pytania, których klient sam jeszcze sobie nie zadał. Taki klient to klient-marzenie, jednak często bywa inaczej. Klient generalnie wie, czego chce, ale boi się utracić to, co już ma. Czasem ma kłopot z określeniem swojego celu, bo lepiej wie, czego nie chce, niż czego chce. Albo nie bierze odpowiedzialności za swoje własne życie przypisując innym większą moc sprawczą niż sobie. Waha się, bo i chce, i nie chce… Klienci są bardzo różni.

W przypadku klienta-marzenia, nieprowokatywny coaching działa świetnie. W przypadku tych pozostałych bywa, że niezależnie od „szkoły” okazuje się niewystarczający. Wtedy szczególnie warto skorzystać z podejścia prowokatywnego. Zaskoczyć klienta, podroczyć się z nim. Gdy ma małą motywację – ponamawiać do porzucenia celu. Gdy jest rozdarty wewnętrznie – wziąć stronę (dowolną) tego wewnętrznego konfliktu, a potem gładko ją co jakiś czas zmieniać. To zresztą tylko dwa przykłady spośród wielu różnorodnych technik prowokatywnych. Bo też i nie chodzi o to, by prowokować. Chodzi o to, by sprowokować. Sprowokować klienta, by głośno wyraził swoje obawy, wydobył ukryte przekonania, „obronił przed coachem” swoją wiarę w sukces. By jasno określił swoje cele i potrzeby. By spojrzał w zupełnie inny sposób na to, na co patrzy co dzień. By zdecydowanie wyrażał samouznanie, doceniał własne sukcesy, odkrywał swoje zasoby, testował realność wizji i przekonań, klarownie definiował własną tożsamość.

Na tym przecież polega praca coacha, by klient brał odpowiedzialność za własne osiągnięcia, planował je, realizował, oceniał, czerpał i wykorzystywał informacje zwrotne.

Absolutnie nie namawiam coachów, menedżerów do „nawrócenia się na prowokatywizm”, do porzucenia tego, co stosują z powodzeniem. Zapraszam do zwiększania możliwości, do rozszerzenia swojego repertuaru o działania wykraczające poza ścisły kanon, o zachowania zaskakujące, szybkie i wyzwalające ukryte emocje i ukryty potencjał. Zapraszam, by stosowali je wtedy, kiedy uznają, że przyniesie to korzyść klientowi.

A że efektem ubocznym prowokatywnych zachowań coacha jest lepszy kontakt z klientem, większa przyjemność z pracy, mniejsze ryzyko wypalenia, odświeżenie spojrzenia na coaching… to tak na ucho tylko mówię.

Sam pracuję i prowokatywnie, i tradycyjnie. Wybierając,  jakie działania zastosuję, kieruję się dobrem klienta i jego wolą. Często praca prowokatywna jest bardzo skuteczna, gdy pracuję z coachami czy trenerami, mającymi za sobą wiele działań rozwojowych, którzy znają od podszewki różne procesy. Zaskoczenie i szybkość interakcji charakterystyczna dla podejścia prowokatywnego jest wtedy nieocenionym sprzymierzeńcem, bo pozwala przebić się przez wiedzę i racjonalność do głębi człowieczeństwa, do emocji, do ukrytych często przed sobą samym blokad, ograniczających przekonań, skrywanych wątpliwości, jeszcze nieodkrytych możliwości.

Jest kilka metafor opisujących pracę prowokatywną. Jedna z nich mówi o tym, że osioł rusza do przodu nie wtedy, kiedy go popchasz, kiedy mu przed pyskiem pomachasz marchewką, a jedynie wtedy, gdy pociągniesz go za ogon. Musisz tylko zadbać, by go ciągnąć w stronę przeciwną, niż kierunek, w którym osioł chce podążać, i by ogon puścić, gdy rusza do przodu. A to jest sztuka, o której następnym razem.

 

Tomasz Kowalik
Promotor i Trener Coachingu Prowokatywnego w Polsce
Coach ICI i ICC

[1] Piszę o początku Coachingu Prowokatywnego, ale Terapia Prowokatywna zagościła w Polsce znacznie wcześniej. Przykładowo w latach 80-tych XX wieku na studiach psychologicznych w Gdańsku uczono tej metody na zajęciach z terapii rodzin, a polscy psychoterapeuci, także ci znani, uczestniczyli w konferencjach, na których Frank Farrelly prowadził sesje demonstracyjne, i włączali techniki prowokatywne do swojej pracy.

Join the Forum discussion on this post